piątek, 11 grudnia 2015

Torcik Wedlowski

Dużo działo się od ostatniego wpisu. Uruchomiono gazoport w Świnoujściu, przepędzono hołotę z Trybunału Konstytucyjnego, w wyniku czego z pewnością zanotowano też większy odsetek Polaków migrujących na zachód. Kto teraz będzie mnie czytał?! Ja natomiast, patrząc od strony recenzyjno - gastronomicznej, przerobiłem sporo fast foodów, które chyba już teraz stanowią fundament moich recenzji. Chcąc wprowadzić jakiś powiew świeżości, który będzie pewną odskocznią, pomyślałem, że podłapany w telewizji gdzieś między tłumami pod sejmem a przygodami Mareczka z Grabiny Torcik Wedlowski będzie się do tego nadawał idealnie. 


Po krótkiej sesji zdjęciowej zabieram się za otwieranie pudełka, które jest zaprojektowane w taki sposób, że faktycznie przyciąga uwagę. Wygląda poprostu elegancko i estetycznie, do tego przez zastosowanie przezroczystego materiału widać jak wygląda torcik zamknięty wewnątrz. Oczywiście to był powód, dla którego wybierałem odpowiedni egzemplarz kilka minut, chcąc uniknąć połamanych wafli lub zarysowanej powierzchni. Po wyjęciu z pudełka, torcik jest jeszcze owinięty czymś w rodzaju folii kuchennej, co niestety burzy całą dotychczasową estetykę. Struktura deseru to kilka warstw wafla przełożone kremem orzechowym. Całość oblana oraz ręcznie dekorowana na wierzchu ciemną czekoladą. Szkoda tylko, że Wedel się nie postarał, a wygląd nie oznacza tyle co smak. Zaczynając od wafla, natykam się na suchy wiór pozbawiony smaku. Jest bo jest, coś musi wypełniać lukę między warstwami kremu, do tej pory nie wiem czy nie jadłem być może kawałku tektury. Orzechowa masa wypada zdecydowanie lepiej. Jest intensywna, naprawdę ją czuć; Waflu, ucz się! Nie jest zbyt słodka, dlatego nie zabija smakiem całości kompozycji. Jest smaczna, jednak oszczędzono jej, a szkoda, bo być może jej większa ilość poprawiłaby problem suchego wafla. Ostatni składnik - czekolada - robi najlepsze wrażenie. Oblewa całość grubą warstwą, przyjemnie łamie się przy kolejnych kęsach, nie odpada z powierzchni torciku. Jest lekko gorzka, na 90% mogę stwierdzić, że deserowa. Bilans słodkiego i gorzkiego smaku jest odpowiedni, czekolada w swojej formie pasuje idealnie.


Dużo mniej korzystny bilans będzie dla całości deseru. Dobrze wypada tylko czekolada i krem, chociaż i tak z jednym uchybieniem. Stosunek ceny do jakości jest wzięty z kosmosu, a właściwie w ogóle go nie ma. Kiedy płacę za Torcik od Wedla 12,99zł, który okazuje się być rozmiaru nieco większego niż spodek pod filiżankę do kawy, rozczarowanie to tylko jedno z negatywnych określeń. Do tego jakaś dziwna folia, suchy wafel, to nie może wyjść dobrze. Kolejnego nie kupię, a jak bym dostał, zdejmę czekoladę, a resztę dam ptakom.




 
Cena: 12,99zł (Kaufland)
Ocena: 5,5/10

piątek, 20 listopada 2015

McDonald's: Kanapka Drwala na ostro & Kanapka Zbójnicka

Zanim zacznę, pragnę powiadomić, że żyję i że nigdy nie zawiesiłem Co Tu Zjeść. Przyznaję, włączył mi się leń i zwyczajnie nic mi się nie chciało pisać. Zbyt mały hajs z reklam nie jest zbyt motywujący! W międzyczasie, a konkretniej 4 dni temu, strona obchodziła swoje pierwsze urodziny. Jestem pozytywnie zaskoczony wynikami, wyświetleniami, nawet wyszukiwaniami w google. I ja mam niby przestać pisać?!

Dobra, lecimy z Makiem. W środę do oferty sezonowej wprowadzono zimowe kanapki, na które wszyscy McDonaldożercy czekali przez cały rok, co jest jak najbardziej uzasadnione. Jak dla mnie, lepszy jest tylko Podwójny McRoyal. A swoją drogą, coś w tym jest, że co bloger mojego pokroju, to zawsze Podwójny Royal stoi najwyżej na jego podium kanapek z McDonald's. Spisek, zdecydowanie. Zamówiłem Kanapkę Zbójnicką oraz Kanapkę Drwala w wersji ostrej. Dlaczego nie łagodną? Powszechnie wiadomo, że Drwal w podstawowej wersji jest strzałem w dziesiątkę, więc nie ma sensu go sprawdzać.



Kanapka Drwala to duża bułka wzbogacona o posypkę serowo - bekonową, dwa plastry bekonu, większy kotlet (ten sam co w McRoyalu), zapieczony ser w panierce, prażona cebulka, 5 plastrów papryczki jalapeño, sałata, klasyczny sos do Drwala, sos z ostrymi przyprawami. Od pierwszego kęsa jestem na tak, kanapka mi smakuje. Bułka to miękkie, pulchne pieczywo. Dodatek w postaci roztopionego sera i kawałków bekonu jest idealnym pomysłem. To rzeczywiście dużo zmienia, bułka nie jest monotonna. Mięso jest soczyste, oczywiście nie 'papierowe'. Bałem się, że dostanę wysuszony wiór, o co w knajpie wujka Ronalda nie trudno. Na szczęście nie tym razem. Serowy placek również jest świeży, myślę, że nie czekał długo w kuchni na swoją kolej. Ser jest całkowicie roztopiony, lekko ciągnący, wyraźny i intensywny w smaku. Parując nawilżył panierkę, skazując ją na utratę chrupkości. Bekon z uwagi na jego małą ilość jak na takich rozmiarów bułkę, jest obecny tylko przy połowie gryzów, ale kiedy już na niego trafię, jego smak przebija się na sam wierzch. Jest wysmażony, czuć aromat wędzenia. Podobnie wypadają kawałki papryki. Pięć sztuk to zdecydowanie za mało, bo przez ich rozmiar czułem je w... pięciu gryzach, po jednej na każdy. Tak samo dominują smakiem nad pozostałymi składnikami, są smaczne, jednak dla mnie jest ich zdecydowanie za mało. Niespodzianka! Po zjedzeniu ponad 1/4 kanapki poczułem coś całkiem nowego. To zaginiona prażona cebulka, której skupisko było akurat tylko w jednym miejscu. Smak jest, chrupkość również, szkoda tylko, że jej ilość i 'rozprowadzenie' po całości to kpina. Na koniec sałata, jest, bo ładnie wygląda, coś tam chrupie, nie jest zepsuta, to tyle. Pod kapeluszem bułki kryją się wymieszane dwa sosy - podstawowy i pikantny, którego nazwałbym raczej 'lekko muskającym język'. Zmysłowo. Jednak połączenie dwóch rodzajów sosu pasuje tutaj znakomicie, do tego jest ich dużo, kanapka jest przez to dobrze nawilżona, nie ma co się obawiać o suchą kompozycję. 



Pomimo kilku niedociągnięć spowodowanych zapewne przez początkującego w McDonald's studenta Zarządzania Polem Namiotowym, Konrada, jestem zadowolony. Półprodukty są dobrze dobrane, pasują do siebie. Poza zwiększeniem porcji składników, które co prawda czuć, ale zbyt rzadko, tj. bekonu, papryczek i cebulki, nie zmieniłbym nic. No, chyba, że cenę. 13,60zł może odstraszyć, chociaż tutaj warto zaszaleć.  



Czekałem prawie cały rok na moment, kiedy znowu spróbuję tej pozycji w menu McDonald's. Kanapka Zbójnicka, tak! Dla mnie wciąż stoi szczebel wyżej niż Drwal i jego wszystkie kombinacje. Jest dziecinnie prosta, ale jak to już nie raz tutaj udowodniłem - proste jest najlepsze. Skład to bułka, która jest identyczna jak opisywana powyżej, identyczny kotlet wołowy, placek ziemniaczany, plaster sera, 2 plastry bekonu, prażona cebulka oraz sos serowy. Kotlet smażony na grillu z tym samym, który zajrzał do mojego Drwala nie mógł zostać schrzaniony. Soczysty, miękki, świeży, doprawiony, po prostu smaczny, taki jaki powinien być. Ponieważ bułka jest duża, a bekonu są tylko dwa plastry, również czuję go nie tak bardzo często, jakbym tego chciał. Czyli ta sama historia, jak w poprzedniku, to samo dotyczy smaku - wysmażony, zero gumowatości, przyjemny aromat. Cebulki jest dużo, czuję ją od początku do końca. Mocno chrupie, jest odpowiednio rozprowadzona, gości przy każdym kęsie. Lekkim zaskoczeniem okazał się gwóźdź programu. Tak placku ziemniaczany, lekko mnie rozczarowałeś. Smakuje jak placek ziemniaczany, jest przyprawiony i smaczny, to fakt. Ale są miejsca, gdzie potarte ziemniaki są lekko twardawe, co źle wpływa na odbiór kanapki. Coś, jakby poznana w klubie w Bangkoku panna okazała się ją jednak nie być. Z zewnątrz okej, potem nie ko końca. Do tego dochodzą przesiąknięte fryturą brzegi. Coś zdecydowanie poszło źle, nie po mojej myśli. Pomiędzy plackiem a mięsem umieszczono plaster sera Ementaler, który spełnił swoje zadanie na medal. Roztopił się, połączył mięso nad i placek pod nim, zarówno fizycznie sklejając je i smakowo. Na koniec serowy sos. Jest zabójczy, to Chopin sosów. Mocny, wyrazisty smak z charakterkiem, pasuje do Zbójnickiej idealnie. Do tego jest go sporo, w niektórych miejscach wypływa z kanapki. 



Student Konrad nie dopilnował placków, przez co byłem zmuszony narzekać. McDonald's ratuje jednak to, że dla mnie zawsze na pierwszym miejscu liczy się smak, dopiero potem reszta dupereli. A ten jest wyśmienity. Nic więcej, to słowo oddaje wszystko co mam do powiedzenia w kwestii smaku. Ale dodałbym więcej bekonu i zadbałbym o lepsze przygotowanie a następnie odsączenie placków. Przecież potarte ziemniaki połączone jajkiem i mąką to nic innego jak naturalna gąbka, to chłonie każdą ciecz w jakiej się znajdzie, litości! Dobrze, że placek był suchy w środku, a zebranego tłuszczu nie było przerażająco dużo. Kanapka Zbójnicka nadal pozostaje moją ulubioną pozycją zimowego menu w Maku.



Miejsce: McDonald's
Cena Drwal/Zbójnik: 13,60zł/12,60zł
Ocena Drwal: 8,5/10
Ocena Zbójnik: 9/10

sobota, 3 października 2015

Biała Ritter Sport z płatkami kukurydzianymi

Otrzymując w podarunku kwadratową tabliczkę czekolady Ritter Sport obiecałem sobie, że powstrzymam się i nie otworzę jej w tym samym dniu, tylko w jakimś dalszym terminie. Plan spalił na panewce kiedy zobaczyłem, że poza tym, że czekolada jest biała, czyli moja ulubiona, to zawiera jeszcze kawałki płatków kukurydzianych. Jak łatwo się domyśleć, połowa już zniknęła, a nie minęła nawet godzina odkąd ją dostałem.



Zawsze lubiłem sposób, w jaki należy otwierać Rittery. Przełamuję więc tabliczkę na pół, aby odłamać jedną z siedemnaście kostek, dla smaku oczywiście. Muszę wspomnieć już o samym zapachu czekolady, jest bardzo słodki i przyjemny, zdecydowanie wyróżniający się i inny niż większość 'naszych' białych czekolad. Kostki są delikatne, przez co znakomicie ulegają pod naciskiem zębów. Smak czekolady jest bardzo wyraźny i intensywny. Jest zdecydowanie inny niż ten z czekolad dostępnych w osiedlowych Żabkach. Kukurydziane płatki, których nie oszczędzano,  zdecydowanie pasują jako ciekawy dodatek. Mocno chrupią przy każdym kęsie, jednak nie mają własnego smaku, lub jest on zabity nadmierną słodkością czekolady. Jak widać, w Niemczech nie funkcjonuje pojęcie 'białe złoto', bo poza płatkami nie oszczędzono też ani grama cukru. Całość jest zdecydowanie za słodka, aż sam nie wiem, dlaczego jeszcze nie jest mi niedobrze. 


Sama ilość cukru nie jest tak ważną wadą, aby się zrażać do produktu. Gorzej, gdyby smak był nie do zniesienia, sztuczny, nienaturalny. Generalnie Biała Ritter Sport z płatkami kukurydzianymi jest smaczna, a dodanie płatków było strzałem w dziesiątkę. Na pewno zjem drugą połowę, pomimo za dużej ilości cukru.



Cena: jakieś tam Euraki
Ocena: 8,5/10

sobota, 5 września 2015

Wizyta w Nando's: Double PERi-PERi Chicken Burger

Całkiem niedawno miałem okazję jeść w restauracji Nando's. Jest to sieć restauracji specjalizująca się w daniach z kurczaka przyrządzanego technikami kuchni portugalskiej. Z tego co wiem, szefostwo Nando's nie zdecydowało się jeszcze na otworzenie punktu w Polsce, a szkoda. Swój krótki, jednak przyjemny epizod z południowoafrykańską firmą miałem w Londynie, dokładniej na Wimbledonie. Piszę, póki dobrze pamiętam smak!

Ciężka praca, niekorzystne warunki atmosferyczne, inny klimat oraz inne kolory mijane na ulicach nie zmieniły mnie. Zatem nie był bym sobą, gdybym nie zamówił czegoś no wiecie... sporego. Wybór pada na Double PERi-PERi Chicken Burger. Tajemnicze PERi-PERi to marynata, w której spoczywał mój kurczak zanim został ugrilowany. Do burgera domawiam plaster grilowanego sera Halloumi. Ponieważ nie jest to typowa restauracja z pełnymi daniami, zamawiam również standardową porcję frytek.

Zamówienie składam przy kasie. Dam sobie uciąć głowę, że żadna osoba z obsługi nie była Anglikiem, być może Ela przyjęła falę imigrantów z Syrii? Nie mniej, kasjer jest bardzo miły, uprzejmy. Zostałem zapytany nawet o szczegół jakim było umiejscowienie plastra Halloumi. Czy osobno na talerzu, albo w środku, a jeśli w środku, to w którym miejscu. Zażyczyłem sobie między filetami. Co ciekawe, w Nando's kuchnia jest otwarta, grill znajduje się tuż za kasą, więc po odejściu od lady nie nudziłem się, a wypatrywałem, czy może mój burger jest już przygotowywany. Przy okazji zaskoczyła mnie sterylność i higiena, które są utrzymane na kuchni, co w Anglii jest raczej rzadko spotykane. 

Czekając na Double PERi-PERi Chicken Burger rozejrzałem się po restauracji w celu dokładniejszego poznania lokalu i jego wystroju. Już przy samym wejściu, przed zajęciem stolika poczułem przyjemną atmosferą, aż chciało się zostać. Wewnątrz znajdują się wygodne, skórzane ławko-kanapy stojące przy najczęściej sześcioosobowych stolikach. Przeważają ciemne kolory stanowiące wachlarz odcieni brązu. Z głośników dobiega przyjemna muzyka, ze stołów słychać rozmowy i śmiechy. Z całą pewnością jest to jedna ze składowych, które przyczyniają się do tego, że lokal był wypełniony po brzegi.



Minęło około 20 minut, kiedy pojawił się kelner, równie sympatyczny co kasjer. Również nie Anglik. Otrzymałem talerz z solidną porcją frytek i apetycznym burgerem przebitym wykałaczką z chorągiewką u góry. Pieczywo jakie zostało wykorzystane to bułka, bardzo podobna do ciabatty. Jest lekko chrupka i świeża, jednak nie była podpiekana. Pomimo sporej wysokości burgera, wgryzam się raz, drugi, trzeci, kolejny. Jest dobrze. Kurczak jest odpowiednio przyrządzony, miękki w środku, odrobinę chrupki z zewnątrz, rozpływa się w ustach. Marynata PERi-PERi to połączenie soku z limonki oraz tytułowych papryczek. Smakuje mi taka odsłona piersi z kurczaka, jest dosyć ostra, jednak już kwaskowatości jest odrobinę za dużo i momentami przeszkadza. Pomiędzy filetami kryje się grilowany plaster Halloumi. Czuję go, 'skrzypi' podczas rozgryzania, tak jak lubię, dobrze się komponuje z pozostałością, dobrze, że intuicja kazała mi go zamówić. Kanapkę nawilża majonez, który spoczywa na dwóch połówkach bułki, niestety mało wyczuwalny, jednak jego zadanie nadrabia solidny plaster pomidora, który był obecny w każdym gryzie. Całość zamyka kilka listków chrupiącej sałaty. Mało składników, jednak bardzo dobrze wybrane. Są smaczne, pasują do siebie, razem tworzą bardzo ciekawe połączenie. Burger jest o niebo lepszy od typowych sieciówkowych odpowiedników. Świetnie smakuje w połączeniu z frytkami. Są grubo pokrojone, nie ciekną z nich litry oleju, nie są przesolone, a odpowiednio doprawione. Z zewnątrz chrupkie, w środku pozostają miękkie i puszyste. 




Miałem okazję również skosztować innych dań z talerzy osób, z którymi odwiedziłem Nando's. Angielskich nazw niestety nie pamiętam, jednak łatwo je znaleźć w menu. Na talerzach pojawiła się grilowana kolba kukurydzy, pieczywo czosnkowe, grilowana pierś z kurczaka, grilowane udka oraz polędwiczki. Skosztowałem każdego dania, nie miałem złych wrażeń. Nie skosztowałem tylko sałatki coleslaw, bo to dla królików.







Miejsce: Nando's, Londyn, Wimbledon, metro Colliers Wood
Cena: Burger - 10,75£, Halloumi - 1,10£, frytki - 2,30£
Ocena: 8/10




sobota, 29 sierpnia 2015

Polish Lody: Śmietanka + Kinder Bueno

Znalazłem się ostatnio na placu Bema we Wrocławiu w bardzo długiej kolejce. Zaczynała się przy okienku lodziarni Polish Lody, kończyła się 30 metrów dalej. Pomimo długiego oczekiwania, nie odczułem negatywnych nastrojów wśród osób wokół mnie. Pomyślałem, że to dobrze wróży, widocznie warto tyle czekać. Już na samym wstępie z radością powiem, że opłaciło się.


Po około 25 minutach stania w kolejce doczekałem się! Cena gałki to 3,50zł, zamówiłem Kinder Bueno, która tego dnia była dostępna jako promocyjny smak, oraz zwykłą śmietankową, w celu degustacji najprostszego smaku. 



Gałki są nakładane szpatułką, dlatego ich rozmiar jest spory. Lód nie jest mocno zmrożony, jednak jest gęsty i ciągnący się, trzyma się stabilnie w waflu, nie rozpływa się i nie topi za szybko. Smak gałki śmietankowej to poezja; delikatna, lekka, nie jest przesłodzona, bardzo dobrze czuć śmietankową nutę. Górna gałka wypada znakomicie, co z tą skrytą poniżej? Jest na pewno słodsza niż poprzednia, jednak tutaj nie jest to bardzo rażące, wręcz przeciwnie - smak Kinder Bueno jest przez to świetnie podkreślony. Nutka czekolady przeplata się ze smakiem wafla i kremu. Całość smakuje doskonale. Do tego, w gałce łatwo znaleźć ciągnący się, lekko zmrożony krem z wnętrza batona. Bardzo ciekawy dodatek, który nadaje całości dobrego smaczku i sprawia, że lód nie staje się nudny. Konsystencja - podobnie jak w przypadku śmietanki - lód jest gęsty, ciągnący się i stabilny. Takie powinny być lody w waflu, którego dłuższy opis sobie odpuszczam. Powód? Nic szczególnego, wafel jak wafel, chrupie, nie przesiąka. Jest okej. To lody grają pierwsze skrzypce.


Próbując lodów z placu Bema odniosłem wrażenie, że są robione na zamówienie według indywidualnych potrzeb i widzimisię klienta. Trafiły do mnie od razu, przyznam, że nie pamiętam, abym kiedyś jadł smaczniejsze. Ich wyjątkowa konsystencja, unikalny smak i solidne porcje pozwalają mi zadeklarować, że Polish Lody odwiedzę jeszcze nie raz!






Miejsce: Wrocław, plac Bema (łatwo poznać po kolejce!)
Cena: 3,50zł/gałka
Ocena: 10/10

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

McDonald's: Wrap Bekon Deluxe + Mozzarella Sticks

Upały minęły, wyjazd dobiegł końca a ja dostałem zastrzyk weny. Korzystam więc z tego rzadkiego przypadku i zabieram się za recenzję Wrapa i promocyjnych serków z Maka.

Zamówiłem McWrapa Bekon Deluxe, który do poprzednich wakacji nosił nazwę 'Wrap Miodowo-Musztardowy', lecz jeden z dyrektorów/managerów/garniturów przy ulicy Marynarskiej w Warszawie stwierdził, że tak będzie lepiej. Jak dla mnie - wieś tańczy i śpiewa. Zamówiłem także dla spróbowania Mozzarella Sticks oraz sugerowany sos żurawinowy. Czekałem około 10 minut przy sporym ruchu.





Z McWrapem Bekon Deluxe znam się już parę ładnych lat, stąd dobrze wiedziałem co zamawiam i jakiego smaku się spodziewać. Pszenny placek podgrzany na parze, sos miodowo-musztardowy, garść posiekanej sałaty, 2 plastry pomidora, chrupiący kurczak i 2 plastry bekonu. Brzmi banalnie prosto, jednak przez małą ilość składników nie ma szans na zepsucie dania. Smak całości jest wyborny, zwłaszcza, kiedy kurczak jest dopiero co przyrządzony, jak w moim przypadku. Sos idealnie podkreśla połączenie kurczaka i bekonu. Proporcje składników go tworzących są idealne. Wyraźnie czuć ostry smak musztardy, który równocześnie jest łagodzony delikatną słodkością miodu. Sałata przyjemnie chrupie, a pomidor nawilża całość. Według mnie, ten wrap jest najlepszym wyborem w całym menu McDonald's. Zamawiam go przy prawie każdej wizycie i ani razu mnie nie zawiódł. Cena, która wynosi 10,30zł według mnie nie jest za wysoka przy takiej jakości i smaku.







McWrap z bekonem nie mógł mnie zaskoczyć, dlatego pozytywnie nastawiony podszedłem do spróbowania serowych paluszków, które w menu występują pod nazwą Mozzarella Sticks. Westernizacja wszędzie! W pudełku o objętości nieco większej niż paczka dużych zapałek otrzymuję cztery podłużne, panierowane serki smażone na głębokim tłuszczu. Pozytywne nastawienie szybko zmieniło się w negatywne. Chciałbym rozpisać się o smaku, o tym co pasuje a co nie, ale to nie możliwe. Liczyłem na smaczny i ciągnący się ser w panierce. Poza słono - gorzkim posmaku przy każdym gryzie nie czuję nic więcej - brakuje nawet serowego aromatu. Jedynym plusem tej przekąski jest chrupkość panierki, tego odmówić nie mogę. Okropny i przesolony smak 'nibysera' otulony smaczną i chrupiącą panierką. Życie bloggera gastronomicznego jest usiane przeszkodami... Dałem paluszkom ostatnią szansę próbując kolejnego z sosem żurawinowym. Rezultat był taki, że było jeszcze bardziej gorzko i ohydnie. Sos jest przesadnie naperfumowany, gorzki, zimny i ma konsystencję jak galareta na urodzinach wujka Leona.






Miejsce: McDonald's
Cena Wrap/Serki: 10,30zł/6,90zł
Ocena Wrap/Serki: 10/10 3/10





piątek, 24 lipca 2015

McDonald's: McFlurry Twix

Za oknem 35 stopni, w domu zresztą niewiele mniej. Kiedy woda z lodówki pomaga już tylko chwilowo, a wiatrak za chwilę wystartuje i wzniesie się ku niebiosom, przychodzi czas na lody. Powstała dobra okazja, aby przetestować McFlurry Twix.



Pół kubka lodów śmietankowych z maszyny, łyżka miniaturowych ciastek, taka sama miarka czekoladowych kulek oraz polewa. Celowo nie opisuję kolejny raz techniki przyrządzania deseru, bo wspomniałem o tym przy Lionie albo Snickersie. Całość jak zawsze nie mogła mnie rozczarować. Pyszne, puszyste, słodkie i cholernie zimne lody śmietankowe dają przyjemne uczucie już na samym początku, zwłaszcza w taką pogodę. Dodatki, a raczej jeden z nich wypada nieco gorzej, aczkolwiek nie psuje smaku całości. Czekoladowe kulki lekko rozczarowują. Na początku są zmrożone, twarde i bez intensywnego smaku. Ten staje się wyczuwalny dopiero, gdy lód zacznie ulegać wysokiej temperaturze powietrza. Nowością w McFlurry są ciastka. Pierwszy raz spotykam się z takim dodatkiem i od razu buduję sobie o nim dobrą opinię. Ciastka mają maślany smak, nie są za bardzo słodkie, mocno chrupią, a co najważniejsze jest ich dużo. Dzieło kończy polewa. Jej zadanie to dosłodzić całość (dlatego nie narzekam na mało słodkie ciastka) oraz nadać reszcie karmelowej nuty, co zostaje doskonale spełnione.

Dobrane składniki dobrze się uzupełniają, nie odniosłem wrażenia, że czegoś jest za dużo lub za mało. McFlurry w wersji Twix to smaczny i dobrze skomponowany deser sieciówki McDonald's. Lecę po następny!


Miejsce: McDonald's
Cena: 6,90zł
Ocena: 9,5/10

środa, 15 lipca 2015

Orlen: hot-dog z parówką z szynki

W dzisiejszych czasach zrodziła się moda na bycie fit, życie fit, jedzenie fit i generalnie wszystko fit. Każdy chce wyglądać fit, i w zasadzie na tym 'chce' w większości przypadków się kończy. Powstają nowe, zdrowsze i przyjaźniejsze dla człowieka produkty - firmy muszą również podążać za modą, aby zaspokoić potrzeby 'zdrowego i świadomego' konsumenta. Do nurtu rzeki Fit wpadł również Polski Koncern Naftowy Orlen, który zaproponował parówki z szynki dostępne w swoich hot-dogach. Brzmi zabawnie. Postanowiłem sprawdzić tę nowość.

Kupiłem więc hot doga w klasycznej pszennej bułce z sosem belgijskim oraz tysiąca wysp, oczywiście z parówką z szynki. Aby porównać smaki, zamówiłem również drugiego, w którym tkwiła zwykła parówka z tektury falistej. Koszt jednego to 4,49zł.



Bułka jest dobrze przygotowana. Dokładnie opieczona z każdej strony, na zewnątrz chrupiąca, a środek pozostaje miękki i delikatny. Zarówno pierwszy jak i ostatni kęs chrupie, co mnie bardzo zadowala. Nie mogę powiedzieć, że hot-dog był suchy. Sosy spełniły swoje zadanie, nawet za bardzo. Zostałem tak hojnie nimi obdarowany, że w drodze do samochodu zostawiłem za sobą kropelkową ścieżkę, ponieważ sosy wypływały ze środka. Są jednak smaczne i mimo swojej intensywności, nie zdominowały smaku całości. Całą niezbyt skomplikowaną strukturę dania zamyka parówka z szynki. Jest ciepła, sprężysta, świeża i nie sądzę, aby stała za długo w podgrzewaczu. Choć zabrzmi to nieco dziwnie - jest idealna, w smaku również. Mała ilość, prostota w przyrządzeniu oraz sam smak dobranych półproduktów stanowią razem smaczne i ciekawe połączenie. W sam raz na zaspokojenie mniejszego głodu.

Wszystko wypada pozytywnie, z tym, że porównując go z wersją podstawową (zwykła parówka) nie odczuwam żadnej różnicy. Obydwie parówki smakują identycznie i nie zawaham się stwierdzić, że ich skład jest z pewnością do siebie dość zbliżony. Podsumowując, hot-dog wypada dobrze, ale spodziewałem się, że poczuję ten smak szynki, którego niestety nie doświadczyłem. 



Miejsce: stacja paliw Orlen
Cena: 4,49zł
Ocena: 7/10

piątek, 12 czerwca 2015

Dzień bekonu w Burger King! Chilli Cheese Burger, Whopper Bacon & Cheese, Rodeo Burger

Konia z rzędem temu, kto wprowadził w Burger King'u możliwość dodania bekonu do każdej kanapki za 1,50zł. Jestem zwolennikiem tej możliwości i niech nigdy nie zostanie ściągnięta. Ponieważ porwałem się na aż trzy kanapki, przechodzę do meritum nie owijając w bawełnę. 

Podchodzę do kasy, zamawiam, płacę, czekam. W kuchni przygotowują dla mnie Chilli Cheese Burger i Rodeo Burger, każdy z dodatkową porcją bekonu (2 plastry) oraz Bacon & Cheese Whopper. Po jakichś 3 minutach słyszę wywoływanie mojego imienia. Po tak krótkim czasie spodziewałem się suchego, zimnego mięsa, nie roztopionego sera, i suchych na wiór bułek. Jak było na prawdę?

Chilli Cheese Burger:
Małych rozmiarów kanapka raczej na mniejszy głód. Cena również nie wygórowana bo burger bez dodatków kosztuje 4,95zł. W pszennej bułce z sezamem znajduję 36g wołowiny, plaster sera, 4 plasterki jalapenos, pikantny sos chilli oraz dobrane 2 plasterki bekonu. Bułka jest przypieczona od środka, na zewnątrz ciepła i puszysta. Wołowina dopiero co ściągnięta z grilla, jest soczysta, gorąca, smaczna. Wbrew wszystkim stereotypom, mówiącym, że w miejscach takich jak Burger King da się zjeść tylko papier, a jak ktoś ma szczęście to psa, stwierdzam, że to nie prawda. Kotlet jest z prawdziwej wołowiny, soli i pieprzu. Smak mięsa jest taki sam jak w tego dostępnego w sklepach spożywczych, ponadto jest grubo mielona, przez co można wyczuć strukturę mięsa. Mit obalony. Idąc dalej, spoczywa na niej plaster sera, rzecz jasna roztopiony. Serce kanapki, czyli jalapeno - jak na burger takich rozmiarów ilość plastrów jest w zupełności wystarczająca, bo papryczka jest obecna przy każdym kęsie. Wspaniale chrupie, jest ostra, pasuje do sera i wołowiny. Nadaje kanapce charakteru i sprawia, że nie jest monotonna. Dodatkowej ostrości nadaje sos w podwójnej porcji. Dopełnieniem smaku i tak dobrze wyważonej kanapki jest bekon. Został dobrze wysmażony, ponadto czuć aromat wędzenia. Jako dodatek, świetnie pasuje do chrupiących jalapenos, ciekawie łącząc smaki. Całość dobrze do siebie pasuje, dlatego kanapka jest w istocie smaczna. Mała cena, ciekawy, nie monotonny smak, czego chcieć więcej? Sukces tkwi w prostocie. 



Rodeo Burger:
Wielkość ta sama, cena ta sama, tylko skład inny. Bułka, 36g wołowiny, plaster sera, 2 krążki cebulowe, sos Barbecue i dobrany bekon. Mięso podobnie jak w poprzedniku, dobrze wysmażone, soczyste, ciepłe i smaczne. Pod wpływem jego temperatury ser został roztopiony, sklejając ze sobą mięso z krążkami cebulowymi. Obtoczone w panierce i smażone na głębokim tłuszczu krążki okazują się być nieco oszukane. W środku nie ma kawałka cebuli, a jego miejsce zajmuje tajemnicza papka, która cebulę przypomina tylko smakiem. Na domiar złego, panierka jest zbyt twarda, nie jest przyprawiona, przez co jest mdła i nie smaczna. Same krążki są według mnie zbyt długo smażone, bo delikatnie czuć woń spalenizny. Sos, który miał być idealnym połączeniem smaków okazał się kompletną klapą, jego tutaj nie ma, przez co kanapka jest strasznie sucha. Poczułem go może dwa razy, a powinien mi towarzyszyć cały czas. Dobrze chociaż, że i tak był smaczny. Ostatni element - bekon - wypada dobrze, jak w Chilli Cheese, jednak żałuję, że sos i krążki wyszły słabo, bo ich smaki połączone ze smakiem bekonu tworzą jeden z najlepszych efektów z jakim miałem w życiu do czynienia. Kto nie próbował, niech zrobi to już teraz! Podsumowując, składniki do siebie pasują, i całość zdecydowanie byłaby smaczna, gdyby była przyrządzona jak należy od początku do końca. Jest potencjał. 


Bacon & Cheese Whopper:
Wariancja flagowej kanapki sieci. Dużo większa i droższa, cena wynosi 13,95zł. Co drzemie w środku pszennej bułki? 81g wołowiny, kilka plastrów bekonu, plaster sera, cebula, pomidor, sałata, majonez i ketchup. Bułka jest naprawdę spora, podobnie jak soczysty i świeży kotlet. Na nim spoczywa roztopiony plaster sera, być może nawet 2, sądząc po wielkości mięsnego krążka. Kolejne piętro kalorycznej wieży to bekon. Jest go sporo, nie sądziłem, że zostanę tak hojnie potraktowany. Umiejętnie wysmażony, nie jest żylasty, a mimo to z bliżej nie określonej przyczyny lekko ciągnie się wyciągając ze sobą kolejne kawałki z wnętrza burgera. Nie mniej, smakuje wyśmienicie. Spoczywająca na bekonie cebula pokrojona w piórka daje o sobie co jakiś czas znać chrupiąc i przełamując w ten sposób smak całości. Do tego 2 plastry pomidora, aczkolwiek odrobinę za zimnego - zaburza spokojną kompozycję. Sałata tylko leży, nadając kolorystyczny akcent całości, takie jej zadanie. Sosy, które zaproponował Burger King w swojej flagowej kanapce nie powalają, ale zawsze lepiej dostać majonez i ketchup niż nic. Jest smacznie, soczyście i syto, na to liczyłem i się nie zawiodłem.




Miejsce: Burger King
Cena Chilli Cheese/Rodeo/Bacon & Cheese: 4,95zł/4,95zł/13,95zł + 1,50zł za bekon każda
Ocena: Chilli Cheese - 10/10
               Rodeo - 6,5/10
               Bacon & Cheese - 9/10

piątek, 29 maja 2015

Da Grasso: Piacere/Pollo

Od jakiegoś czasu rzeczą, która cały czas za mną chodziła była pizza. Ten ciągnący się ser, delikatne ciasto i ulubione dodatki. To jest to, czego potrzebowałem! Wraz z wyborami politycznymi przyszedł czas na równie ważną, a nawet ważniejszą decyzję niż przy urnach wyborczych - wybór lokalu oraz rodzaju pizzy. Da Grasso, dawno tam nie jadłem, więc warto było odświeżyć smaki. Kontynuując wątek polityczny, w przeciwieństwie do kart wyborczych, Da Grasso oferuje konkretniejszy, większy, a przede wszystkim odpowiadający moim wymaganiom wybór. Zamawiam dużą pizzę podzieloną na pół. Pierwsza połówka to Piacere, na której poza standardową bazą (ser, sos pomidorowy, oregano) spoczywają salami, boczek wędzony, cebula biała oraz kukurydza. Uzupełniającą pełne koło pizzą jest uboższa w składniki Pollo, gdzie wraz z podstawą znalazły się: kebab drobiowy, salami i czerwona cebula. Brzmi i brzmiało pięknie, dopóki nie usłyszałem cudownej informacji: nasz kierowca będzie za 2 godziny, dziękuję, miłego wieczoru, dobranoc. Trudno, szybko przeminie.
 



Kierowca zadzwonił do drzwi za około 40 minut. Miłe zaskoczenie było początkiem całego dramatu, jaki się następnie rozegrał. Po otwarciu pudełka, zawartość była tak letnia, że ser zdążył w niektórych miejscach zastygnąć. Pizza była zamawiana na dowóz, ale taki stan rzeczy to przesada. Torby termiczne Da Grasso mają tyle wspólnego z prawdziwymi torbami termicznymi, które spełniają swoje zadanie, co Monika Olejnik z wyczuciem gustu i dobrym doborem stroju. Czyli niewiele. Przechodząc do ciasta, jest ono cienkie, wypieczone, zatem takie jak lubię. Ale jest też takie:


Takiego już nie lubię. Nie znam się na kręceniu placków, nie wiem co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. A może kto? Wydanie takiego flaka klientowi to jest jawna kpina i brak szacunku dla moich ciężko zarobionych pieniędzy. Gdybym jadł na miejscu w lokalu, zwrócił bym to coś bez zastanowienia. Oczywiście chwilę po zrobieniu zdjęcia wszystkie składniki na cieście zsunęły się niczym zbocze góry podczas obrywu skalnego.

Kawałek nr 1, pizza Piacere. Zastygniętego sera i falującego jak flaga na wietrze placka nie uratują żadne składniki, choć tu i tak nie ma szału. Boczku jest bardzo mało, może 3 plasterki, które mają słabo wyczuwalny smak i raczej nie są wędzone, jak deklarowano w menu. Jego brak nadrobiła za to kukurydza. Mogłem sobie ściągnąć jej nadmiar i zasiać na ogrodzie, na 1 ar wystarczyło by na pewno. Cebula jak cebula, czasem pochrupie, nadając nieco charakteru i przełamując nudność całości. Zwycięzcą jest salami, którego smak jest bardzo dobrze wyczuwalny, intensywny i smaczny. I jest go całkiem sporo.

Jak wygląda sytuacja w Pollo? Jest lepiej, pomijając tragiczne ciasto i zastygnięty ser. W Piacere salami wyszło na plus, cebula również (biała, czerwona, jakaś różnica?), zatem podobnie musi być tutaj - dużo i smacznie. Do tego sporo drobiowego kebabu, czuć go przy każdym gryzie, jest dobrze doprawiony i smakuje mi. Składniki pasują do siebie i jestem pewien, że gdyby pizza była wykonana dobrze od podstaw, byłbym jej wielkim adoratorem i polecałbym każdemu. Wypada lepiej niż powyższa, ale niewiele.

Dwa ostatnie elementy obydwu pizz to sos pomidorowy i oregano. Sosu jest sporo, dlatego pizza na szczęście nie jest sucha i w jakimś stopniu poza salami i cebulą, również przyczynia się do zapewnienia całości oceny trochę większej niż 0. Ale oregano nie ma, ani trochę. Cóż, może to takie 'coś za coś?'

Podsumowanie jest krótkie. Wybrano składniki mające potencjał smakowy, pasujące do siebie, jednak nie mogły tego pokazać przez skopaną podstawę. Złe ciasto, zły ser, złe oregano. Osobną wadą jest już sam boczek i przesadna ilość kukurydzy. Użyte we wstępie słowa urna, spoczynek oraz przeminie nie znalazły się tam przypadkowo. To doświadczenie to pogrzeb Da Grasso na długi okres. Nie polecam.


Miejsce: Da Grasso
Cena: ~25zł
Ocena: Piacere - 3/10
             Pollo - 5/10

niedziela, 17 maja 2015

McFlurry Mars

Po dość długim epizodzie ze Snickersem, jego miejsce w McDonald's zajmuje Mars. Konkretniej w dwóch wersjach - pierwsza o wdzięcznej nazwie Lodowe Marzenie, druga to McFlurry.


Skład deseru to lody o smaku śmietankowym, kulki z masy znanej z batona oblane mleczną czekoladą,  do tego polewa karmelowo - czekoladowa. Wszystko według standardów McDonald's mieszane przez 10 sekund. Abstrahując, istnieje legenda, że pewien klient amerykańskiej sieciówki otrzymał McFlurry mieszane dłużej niż 3 sekundy, ciekawe. Przez to, że standardy nie są przestrzegane, mniej więcej od połowy kubka nie mogłem liczyć na więcej niż sam lód - wszystkie dodatki pozostały na górze.



Całość wypada lepiej niż przeciętnie, a gorzej niż dobrze. Kompozycja jest za słodka, już po kilku łyżeczkach czułem się jakbym zjadł 2kg cukru. Nigdy nie spotkałem się w McDonald's z tak bardzo słodkim deserem. Do tego dochodzi wspomniany niekorzystny fakt, że moja porcja nie była odpowiednio wymieszana. Z drugiej strony, smak dodatków jest okej - mleczna czekolada lekko chrupie, masa z Marsa jest wyczuwalna i nie zabita przez niską temperaturę lodów. Gdyby nie przesadna słodycz, byłbym bardziej zadowolony, aczkolwiek dla trzymających się zasady 'im bardziej słodkie, tym lepiej', deser nie miałby żadnych wad.


Miejsce: McDonald's
Cena: 6,90zł
Ocena: 8/10

wtorek, 28 kwietnia 2015

Milka OREO

Luźniejszy okres na uczelni pokrywający się z przerwą w diecie skłonił mnie do odświeżenia strony. Ostatnio pojawiały się tutaj pozycje fast-foodowe, nie dając przebić się poprawiaczom humoru i próchnicy nazębnej, czyli po prostu słodyczy. Bardzo cieszy mnie fakt, że Milka nie zamyka się w znanych wszystkim, standardowych, aczkolwiek wcale nie najgorszych produktach. To chyba największy na polskim rynku wytwórca czekolady, jeśli mowa o wachlarzu propozycji ich wyrobów. Jednym z nich jest czekolada wypełniona nadzieniem OREO.


Typowych rozmiarów tabliczka to wydatek około 3zł. Smak samej czekolady każdy zna i nie widzę potrzeby 'ochania' i 'achania' nad tym jak wypada. Nadzienie, czyli całe sedno Milki OREO to delikatny mleczny krem zmieszany z kawałkami chrupiących ciasteczek. Jest bardzo słodki, jak dla mnie to aż przesadzony, o wyraźnym smaku (podobny do Kinder Chocolate), który w istocie przypomina smak krągłych ciasteczek przedzielonych białą masą. Czekolada jest delikatna i lekka, a przez chrupkość ciastek daleko jej do mdłej i nudnej.

Szkoda tylko, że ciasteczka są jedynie pokruszone, a nie jak we większym odpowiedniku, ułożone warstwowo wewnątrz na całej powierzchni. Mogliby tego nie zmieniać i zachować taki patent dla obydwu. 


Cena: ~3,00zł
Ocena: 8,5/10

niedziela, 12 kwietnia 2015

North Fish - chrupiąca panga w ofercie 'Jesz ile Chcesz'

W końcu dałem się namówić na skosztowanie specjałów kuchni North Fish. Po ciężkim dniu na uczelni, dieta nie pozwoliła mi standardowo odwiedzić lokal którejś z amerykańskich sieciówek, dlatego wybór pada na tę prosto z... Polski, a dokładniej z Kielc. Ryba z warzywnymi dodatkami brzmi nieco zdrowiej niż PODWÓJNY BURGER Z POCZWÓRNYM SEREM ZALANY LITRAMI MAJONEZU. 

Obsługa jest miła i dobrze nastawiona do klienta, z chęcią pomaga i doradza przy wyborze ryby. Po szybkim przeanalizowaniu oferty i zaczerpnięciu pomocy u jednej ze sprzedających, decyduję się na pangę w panierce w ofercie 'jesz ile chcesz'. Deal jest prosty - płacisz za wybraną rybę i sam decydujesz o dodatkach i ich ilości. Biorąc pod uwagę ceny ryb (9-15zł) oferta jest kusząca i opłaca się. Przekonali się o tym zwłaszcza Ci, na których talerzach pną się ku górze kopce z dodatków, które bez kompleksów mogłyby konkurować z drapaczami chmur w Dubaju. Moja panga do towarzystwa na talerzu dostała ryż oraz gotowane na parze warzywa. Do tego ćwiartka cytryny do skropienia panierki. Razem prezentowały się tak: 


Wierzcie mi lub nie, ale ryba smakuje jak prosto z nadmorskiej smażalni. Jest wyborna. Płaty mięsa są delikatne, kruche i rozpływają się w ustach. Doprawione prawdopodobnie tylko solą, ale to w zupełności wystarczy. Również w porządku wypada panierka. Jest dość gruba, chrupie cały czas, oczywiście poza miejscami nasączonymi sokiem z cytryny. Ryż także bez zarzutów, nie jest ani rozgotowany ani za słony. Ale czy ryż w sumie da się zepsuć? Raczej nie, jednak gotowane na parze warzywa już tak. Nie wiem co poszło źle, ale brokuły i fasolka były zbyt twarde i włókniste, a z kolei marchewka była za miękka i łatwo się rozpadała.

Warzywa dały solidny trening mięśniom żuchwy, ale mimo to nie jestem rozczarowany. Moje oczekiwania w kwestii całości nie były zbyt wysokie, sądziłem, że North Fish to kolejny fast food, który stawia nie na jakość, a na ilość. Tutaj, restauracja potrafi jednak zadbać o te dwie wartości. Pomijam warzywa, bo to tylko dodatek - North Fish serwuje faktycznie zdrowe posiłki i jedne z najlepiej przyrządzonych ryb i to jest najważniejsze. Oby więcej takich lokali!



Miejsce: North Hish, Galeria Dominikańska, Wrocław
Cena: 12,90zł
Ocena: 9/10

poniedziałek, 30 marca 2015

KFC: 2 = 1, czyli Maxi Twist Toskania

Po spróbowaniu Maxi Twist Barbeque przyszedł czas na recenzję wersji nieco bardziej klasycznej - Maxi Twist Toskania. KFC reklamuje go tak: "Bogactwo składników otulone chrupiącą tortillą. W wersji Toskania przeniesiesz się smakiem do słonecznej Italii – dwa kawałki soczystego kurczaka, rukola, parmezan, świeży pomidor, sałata z najlepszych upraw z dodatkiem delikatnego sosu majonezowego, wszystko to zwinięte w wyśmienitej tortilli." Rozczaruję teraz każdego; po spożyciu nie przeniosłem się do "słonecznej Italii", nadal jestem w Kraju Kwitnącej Cebuli. Ale co ważniejsze, Włoch nie poczuły również moje kubki smakowe.


Cały pomysł na Maxi Twist opisałem w poście poświęconym wspomnianej na początku wersji BBQ, dlatego przechodzę od razu do sedna. Jadąc od początku opisu producenta - tortilla. Pszenny, przypieczony placek, nie mam zastrzeżeń. Do kurczaka mam i to nie jedno a dwa. Choć w smaku wypada dość przyzwoicie, to kilka razy trafiłem na grubą błonę, której nie dało się przegryźć, stąd wnętrze mojego Maxi Twista musiałem zbierać z talerza. A, i nie dajcie sobie wmówić, że to na serio dwa kawałki kurczaka. Coś mnie skłoniło, aby na samym początku otworzyć tortillę, dlatego zobaczyłem przecięte i pasujące do siebie kawałki mięsa. Brzmiące dumnie i syto DWA kawałki kurczaka są przeciętym na pół jednym większym. Brutalne są te zasady marketingu. Parmezan czuć, jest go dużo, ale według mnie jego przebijająca i dominująca nuta gorzkości psuje kompozycję smakową całej tortilli, zatem jest to jakiś tam strzał w stopę. Rukola, sałata i pomidor to klasyczne dodatki, bez których świat fast foodów nie mógłby istnieć. Zielenina chrupie, jest świeża, wypełnia dużo miejsca w kanapce, więc spełnia swoje zadanie. Dodatkowo rukola to chyba jedyny składnik, który stara się przełamać smak kanapki. Pomidor (również w kostce jak u poprzednika) nawilża kanapkę, gorzej ze smakiem, którego zabrakło. Sos majonezowy z dodatkiem pieprzu jest ostry, pasuje do całości oraz nawilża całość.



Ponieważ gryzy bez rukoli są mdłe, wersja Toskania jest nudna. Poza pomidorem czuć poszczególne składniki i są smaczne, ale pasują do siebie jak groch do kapusty. Czy mając smaczne tiramisu i smacznego karpia w galarecie, ktoś połączyłby je tak, żeby wyszło z tego coś sensownego? Brakuje tutaj czegoś, co wraz z rukolą przełamało by monotonię smaku. Być może taka była rola parmezanu, jednak nie sądzę, aby można było to osiągnąć gorzkim, nieprzyjemnym posmakiem.




Miejsce: KFC
Cena: 12,95zł
Ocena: 6/10


Skusiłem się również na ponowne podejście do Maxi Twist Barbeque, żeby sprawdzić czy sflaczały i niewysmażony bekon to wpadka czy standard. Tym razem był wysmażony i smaczny, zatem ocena we wcześniejszym tekście (link) wzrośnie.

sobota, 21 marca 2015

Paluszki rybne K-classic

Jakoś tak stwierdziłem, że mam ochotę na rybę, ale nie zwykły dorsz w panierce tylko coś innego. Górnolotnie i wykwintnie wybór padł na paluszki rybne. 10 minut drogi i jestem w osiedlowym Kauflandzie, w alejce z chłodniami i mroźniami wybieram pudełko bez jakiejś specjalnej nazwy. Po prostu - '15 Fish Fingers' K-classic.

 

Piętnaście minut spędzone w piekarniku (temp. 180*C) z pewnością im wystarczą. Wizualnie prezentują się jak normalne paluszki, nic wyjątkowego. W środku widać wyraźnie płaty mięsa, więc nie mam do czynienia ze zmieloną papką. Zapach, aromat i smak jest prawdziwy, stąd wiem, że ryba nie została poddana żadnej chemicznej obróbce. Jest to 100% prawdziwego mintaja. Gorzej wypada panierka, w której filet został obtoczony, bo nie zasłużyła choćby na małą pochwałę. Jest bardzo uboga w przyjemne smaki, czuć tylko kilogramy soli i smak oleju. Do tego nie jest zwięzła, rozpada się i nie chrupie, a piekła się w wysokiej temperaturze przez kwadrans. Czyli powinna.


Z samej ryby jestem bardzo zadowolony, nie spodziewałem się, że w paluszkach rybnych mogę dostać dobrej jakości rybę, bogatą w przyjemny smak i zapach. Panierka zdecydowanie zepsuła całość, a szkoda.



Miejsce: Kaufland
Cena: 7,99zł
Ocena: 10/10 (ryba), 1/10(panierka), całość - 5,5/10

czwartek, 19 marca 2015

KFC: Maxi Twist Barbeque

Po serowej promocji w KFC, Grandera Silver, Qurrito Czery Sery oraz Blue Twistera zastępuje kolejna - tym razem skupiono się na daniach zawiniętych w pszenny placek. Do sprzedaży wszedł Maxi Twist w dwóch wersjach: Toskania oraz Barbeque, który jako pierwszy został sprawdzony przez CoTuZjeść.

Idea Maxi Twista polega na upchaniu masy składników do dużego pszennego placka i zagięcie go w pół po zwinięciu. Pozycja bardziej na duży głód, bo całość jest sporych rozmiarów; śmiem twierdzić, że zwykły Twister jest dwa razy mniejszy.
 


Ja byłem głodny, i to bardzo, dlatego mi pasuje. Po otrzymaniu numeru zamówienia siadam i czekam około trzech minut, aż zostanie wywołane. Do zamknięcia lokalu nie została nawet godzina, ludzi tyle ile głosów w zbliżających się wyborach z pewnością zbierze kandydatka SLD, dlatego założyłem, że składniki nie będą pierwszej świeżości, bo kto pół godziny przed zamknięciem bawi się w panierowanie kurczaka. Ekonomiczniej i prościej trzymać resztki w podgrzewaczu, zwłaszcza pod koniec pracy. Bardzo pozytywnie zostałem zaskoczony, gdy dwa kawałki kurczaka w odebranym produkcie były dopiero co wyciągnięte z oleju. Gorące, soczyste, z chrupiącą panierką, świeżo przyrządzone. Temperatura kurczaka spowodowała, że również ser o ostrym, wyrazistym słodko - gorzkim smaku roztopił się w kilka sekund, tutaj nie mogę być niezadowolony. Do tego sałata, która poza zwiększeniem objętości, w kwestii smaku nic nie psuje, ale też nic nie dodaje oraz pomidor. Pasuje, wraz z sosami sprawia, że wszystko nie jest suchym wiórem, szkoda tylko że został pokrojony w drobną kostkę, ja wolę plastry. Właśnie, sosy. W skład wchodzi BBQ oraz majonez, którego smak jest zabity przez poprzednika. Jest go zwyczajnie więcej i jest intensywniejszy. Ale nie żałuję, uwielbiam BBQ, dlatego mała ilość i znikomy smak majonezu nie razi mnie tak bardzo. Placek, który przytulił wymienione składniki jest stabilny, trzyma środek zbity i nie przemaka.


Bekon pozwoliłem sobie zostawić na koniec, bo w końcu najlepsi są pierwszymi, a analogicznie najsłabsi ostatnimi. Przyjemność spożywania znacznie psuje sflaczały plaster tłustego i żylastego bekonu, który powinien być przypieczony, chrupki, a co najważniejsze mieć JAKIKOLWIEK smak. Tu nawet nie chodzi o to, że był niesmaczny. On go nie miał, to był bezsmakowy, tłusty, żylasty, różowy kawałek bardziej przypominający biedną wędlinę, która koło bekonu nawet nie leżała. Kto kiedykolwiek spotkał się z połączeniem sosu BBQ i wypieczonego bekonu z pewnością wie, dlaczego taka fuszerka tak boli.

Starannie dobrane, pasujące do siebie na papierze składniki bronią się, i w rzeczywistości prezentują się pod względem smaku nawet dobrze. Jestem tylko nieco zawiedziony, dlaczego KFC tak schrzaniło robotę z bekonem, bo jest to dodatek, który tak naprawdę może zmienić smak o 180 stopni, niestety w tym przypadku tego nie robi. Czuję, że nie poznałem pełnego, zakładanego przez producenta smaku Maxi Twista BBQ. Jestem jednak do niego pozytywnie nastawiony i przy następnym zamówieniu poproszę, aby kuchnia zatroszczyła się o porządną jakość bekonu.



Miejsce: KFC, Wrocław, HQ ulicznych cwaniaczków odzianych w śliskie dresy oraz ich starszych, brodatych mentorów, zwana też jako Dworzec Główny PKP
Cena: 12,95zł
Ocena: 7,5/10 - ocena się zmieni, w zależności od stanu bekonu w następnym Twiście
Ocena po drugiej próbie: 9/10 - bekon okazał się taki jaki powinien być

PS. Na koniec, 'mała dygresja niezależna od mocy doznań (3:02)'. Słowo 'mała' jest tutaj celowo i dosłownie. Wtorkowy, promocyjny kubełek z KFC, 10 kawałków kury za 14.95zł. To powinno nazywać się kubeczek a nie kubełek. Lekko się zdziwiłem odbierając zamówienie, w sumie nie wiem dlaczego, ale myślałem, że rozmiary kubła będą standardowe. Nie robi wrażenia. Chyba, że negatywne.



poniedziałek, 9 marca 2015

Lidl: Trison - Pierogi z mięsem

Komunikat specjalny! Przyznaję, że prawie dwa tygodnie milczenia na CoTuZjeść to niezła przeginka, za co serdecznie przepraszam, ale złożyło mi się kilka spraw, które pochłaniają  dużo czasu, przez co taka przerwa była konieczna. Od dziś wpis powinien pojawiać się regularnie co około 7 dni. Koniec komunikatu specjalnego!

Kiedy lodówka, podobnie jak zresztą portfel świecą pustkami, na pomoc zawsze przyjdzie dyskont typu Lidl oferujący szeroki wachlarz mrożonek. Wybór pada na pierogi z mięsem niejakiej firmy o nazwie Trison. 
 

Paczka waży 750g, czyli w środku zapakowanych jest około 40 klasycznej wielkości pierogów. Po kilkuminutowym gotowaniu na osolonej wodzie można zabrać się za konsumpcję. Już przy pierwszym gryzie czuć grube, plastyczne i nieco ciągnące się ciasto. Dla zwolenników cienkiego jak wypłata ciasta taki stan rzeczy będzie niedorzeczny. Ale nie dla mnie, dlatego pozostaję pozytywnie nastawiony do farszu. Okazuje się smaczny, dobrze doprawiony i mocno zbity, przez co nie ma pustych miejsc. Sądząc po aromacie i konsystencji, to co go tworzy na pewno kiedyś się ruszało i żyło; mam pewność, że jem prawdziwe mięso. Nie wgłębiałem się w skład przedstawiony na opakowaniu przez producenta, jednak najpewniej jest to mieszanka mięsa drobiowego z wieprzowym. 


Poprzedzając zagwozdkę - nie jadam rękami

Dobry stosunek cena/jakość, przyjemne, grube ciasto, prawdziwy i smaczny farsz same się bronią. Za około 7zł można zjeść smacznie i do syta a do tego kilka razy. Nie jest to oczywiście pokazowe, wykwintne danie z Atelier Amaro, albo po prostu pierogi od ukochanej babuni, ale wśród klasyfikacji mrożonek pod względem smaku i jadalności więcej podobnych produktów było by za nim niż przed.


Cena: ~7zł
Miejsce: Lidl, firma Trison
Ocena: 7/10




sobota, 28 lutego 2015

Hot dog prosto z IKEA

Kto nie jadł, ten po przeczytaniu tego posta powinien pójść do Ikei i swój błąd naprawić. Ja w zasadzie częściej tam goszczę z powodu tanich i dobrych hot dogów, a na hali z meblami nawet się nie pojawiam. To danie przez lata stało się czymś w rodzaju tradycji, elementu kultury polskiego społeczeństwa, dlatego jego obecność jest tak ważna na Co Tu Zjeść. 



Za 1zł (TAK, ZŁOTÓWKĘ) dostajemy ogrzaną na parze pszenną bułkę, w której siedzi parówka, wszystko w standardowych rozmiarach. Za dopłatą kolejnej możemy dobrać cebulkę prażoną i pikle. Keczup i musztarda to sprawa indywidualna każdego klienta. Z uwagi na duży ruch w bistro, składniki na pewno nie leżą całymi dniami gdzieś na dnie podgrzewacza, dlatego są świeże i dobrej jakości. Miękka, zawsze ciepła bułka bardzo przyjemnie komponuje się z nieco twardszą parówką. Chociaż nie znam ilości mięsa w mięsie, wyczuwam jego aromat, a parówka smakuje naprawdę dobrze. Cebulka i pikle chrupią, ich smaki dobrze się ze sobą komponują i fantastycznie zmieniają smak całego hot doga, który sam bez żadnych dodatków może się znudzić. Wszystko razem tworzy ciekawą mieszankę smaków, nie ma bezmięsnych gryzów, dlatego Ikea sprzedając swoje hot dogi odnosi duży sukces, który w tym przypadku tkwi w prostocie. Płacąc 3zł więcej niż za szczaw i śliwki mirabelki, mamy 3 hot dogi, którymi naje się każdy do syta i smacznie. Nawet ja.



Cena: 1zł/2zł - bez/z dodatkami
Miejsce: bistro IKEA
Ocena: 9,5/10

czwartek, 19 lutego 2015

Heston spiced shortcrust mince pies, czyli świąteczna nuta w lutym

Ciastka z angielskiej sieciówki Waitrose - Spiced Shortcrust Mince Pies. Niedostępne albo skrajnie dostępne w Polsce, oczywiście otrzymane w prezencie. W sumie coś to podejrzane, że tak często dostaję te słodycze, chyba jestem gruby. Oczywiste jest, że lubię poznawać nowe smaki, a jeśli jest związany z czymś słodkim, to tym bardziej, nigdy się nie oprę. Tak więc zaczynamy.




Już bardzo zachęcająco wygląda pudełko, przyciąga wzrok, co z pewnością było głównym powodem dlaczego akurat to ten produkt stał się prezentem. W środku zapakowanych zostało 6 brązowo - brunatnych krążków wypełnionych mieszanką jabłek, rodzynek, fig, śliwek, orzechów i migdałów, których smak podkreślały cynamon i goździki. Do tego, luzem dołączona jest saszetka z tajemniczym białym, drobnym proszkiem. Nie mój interes, co sobie wyobraziłeś/aś, ale był to lukier pomarańczowy do rozrobienia, którym należało polać ciastka. Aby były gotowe, należy je wrzucić do mikrofalówki, bo producent zaleca spożywanie na ciepło. Część zjadłem na ciepło, część na zimno, a różnica jest tylko taka, że te ciepłe bardziej parzą ręce. I język.


Po spróbowaniu stwierdzam, że prezent jest udany, bardzo mi smakują. Do tego stopnia, że z nikim nie chciałem się podzielić. Samo ciasto z zewnątrz jest chrupkie, od środka bardziej nasączone. Owoce wraz z aromatycznymi przyprawami dają smak bardzo podobny do angielskiego puddingu świątecznego. Dodatkowo czuć smak miodu, jakiegoś alkoholu (prawdopodobnie Brandy lub zwyczajna czysta). Całość jest bardzo słodka i spożycie więcej niż dwóch jeden po drugim dostarcza dawkę cukru tak dużą, że z pewnością odkrylibyśmy w sobie umiejętność chodzenia po ścianach lub nawet latania. Składniki się uzupełniają i są dobrze dobrane, mają przyjemny owocowo - korzenny smak, przez co złego słowa powiedzieć nie mogę.




Cena: nie mam pojęcia
Miejsce: Waitrose
Ocena: 9/10 (smaczne, ale nie wywołały takiego szoku, żeby była dycha)


czwartek, 12 lutego 2015

7 Days Borseto


 

To dziś wypada ten dzień. Tłustszy niż zakończenie roku szkolnego, tłustszy niż oświadczyny chłopaka i tłustszy niż dzień wypłaty. Tłusty Czwartek, czyli jedz tyle pączków ile wlezie. U mnie skończyło się na pięciu, ale nadal było mało słodyczy, lecz pączków miałem już dość. Dlatego udaję się do osiedlowej Żabki gdzie mój wzrok przyciąga Borseto nadziewane owocami leśnymi od 7Days. Pasuje, przy okazji zobaczę co to takiego, bo nigdy wcześniej tego w rękach nie miałem. Pani Halina przyjmuje należność (2,39zł), biorę bułę, wychodzę. 

Według producenta, miała to być "SŁODKA bułka z nadzieniem z owoców leśnych". Ciasto nie jest w ogóle słodkie, tylko suche i mdłe. Chodziło chyba o to, że nadzienie miało dostarczać słodycz w każdym gryzie, i może by tak było, gdyby zostało równomiernie rozprowadzone wewnątrz całej bułki, a nie głównie w centralnej części. Poza tym, jest go mało, bardzo mało. W zasadzie jego obecność ogranicza się tylko do oblepienia bułki od wewnątrz kilkumilimetrową warstwą, a więc większość jest pusta i przenosi powietrze niczym butla tlenowa. Co prawda jest słodkie, czuć też nutę owoców leśnych, ale przez jego okrojoną zawartość bardzo słabo. Poprawka - jednego tylko owocu, bo jedyne co tam wyczuwam to poziomka, ale wybaczam, powiedzmy, że moje kubki smakowe są otumanione po takiej ilości pączków.



Ogólnie, 7Days Borseto wypada bardzo słabo. Smakuje mi tutaj tylko nadzienie, choć nie ukrywam, że jego ilość powala na podłogę i nie daje wstać. Uszczuplanie nadzienia to u nich chyba tradycja bo to samo jest w przypadku znanych wszystkim Croissant'ów, również 7Days. Kupiłem, spróbowałem, więcej nie chcę; borseto nie przekonało mnie do siebie.



Cena: 2,39zł
Ocena: 3/10